Psychol

To miał być zwykły tydzień polegający na wlepianiu mandatów i zatrzymywaniu kierowców na popularnej „bańce”. Niestety praca w policji wiąże się z ryzykiem. Ale zacznę od początku.                                 

            Gdy wstałem rano, nie wiedziałem jeszcze, ile emocji przyniesie mi ten dzień. Po przyjściu do pracy dostaliśmy z kolegami telefon od kobiety. Z jej nieskładnej wypowiedzi można było zrozumieć, że znajduje się w pobliskim lasku, a nieopodal w krzakach leży ktoś martwy. Kobieta przez cały czas płakała i bardzo się bała. Wtem w słuchawce telefonu rozległ się przeraźliwy krzyk. Natychmiast z kolegami wsiedliśmy do radiowozu i pojechaliśmy na miejsce. Zastaliśmy tam pobitą kobietę i młodą martwą dziewczynę. Pani Bożena, bo tak miała na imię kobieta, opowiedziała nam, co się wydarzyło.

- Podczas codziennego spaceru zauważyłam, że coś leży w krzakach. Co prawda bałam się, ale postanowiłam to sprawdzić. I wtedy ją zobaczyłam.

- Czyli kogo dokładnie?

- Tę martwą dziewczynę… To okropne. Kto mógł coś takiego zrobić?

- Dobrze, przejdźmy dalej. To pani do nas zadzwoniła, tak?

- Tak, ale chwile potem, ktoś wytrącił mi telefon i zaczął mnie bić. W końcu wyciągnął nóż i dusząc mnie, delikatnie muskał zimnym, metalowym ostrzem     po twarzy. Jakby czerpał przyjemność z tego, że od niego zależy moje życie. Po tym, kiedy was usłyszał powiedział, że jeszcze po mnie wróci. Był ubrany    w czarny dres i ciemne adidasy. Jego twarz zakrywał kaptur, ale przez chwilę widziałam ślady oszpecenia.

- To straszne. Moi koledzy zawiozą panią do domu.

- A i jeszcze jedno. Spod jego kaptura wystawały kosmki rudych włosów.

Chcąc nie chcąc musiałem obejrzeć zmasakrowane ciało. To, co zobaczyłem przekroczyło wszelkie granice. Część prawdopodobnie ładnej twarzy i włosów została wypalona kwasem, którego resztki były na trawie. Z ust i oczu wypływały kropelki krwi, które łączyły się na policzkach i spływały w kierunku uszu.

Oprócz tego ofiara nosiła ślady duszenia oraz cięć nożem i poparzeń. To było najokropniejsze, co widziałem w całym życiu.                     

Do czego jeszcze człowiek może być zdolny?

- Olek chodź! Technicy znaleźli coś pod zwłokami – powiedział kolega

- Już idę – odparłem

Przy ciele ofiary znajdowały się przysypane ziemią wypalone świeczki,            a pod nią był 15 centymetrowy metalowy pentagram.

- To jakiś psychol – powiedział mój kolega i po chwili zaczął go wyzywać na wszystkie możliwe niecenzuralne sposoby.

Gdy dokładniej obejrzałem symbol, zobaczyłem wyryte na nim słowa : „In nomine Satanas” co w tłumaczeniu oznacza „W imię Szatana”. Po dłuższej dyskusji o sprawcy, moja koleżanka Marysia sporządziła jego portret psychologiczny, z którego wynikało, że w dzieciństwie mógł paść ofiarą przemocy lub pedofilii. Te zdarzenia mogły wywołać rosnącą w miarę upływu lat agresję oraz sprawić, że ten gość ześwirował. Po skończonej pracy udałem się do domu, ale ta sprawa nie dawała mi spokoju. W końcu jednak zasnąłem, lecz nie trwało to długo, ponieważ zadzwonił telefon, w którym zmodyfikowany komputerowo, wesoły głos oświadczył, że zabił kolejną osobę i zaczął się histerycznie śmiać. Podał także, że zamordowany jest w tym samym lasku,     co poprzednia ofiara. Zadzwoniłem do kolegów i wszyscy spotkaliśmy się przy lesie. Postanowiliśmy się rozdzielić. Szedłem wąską ścieżką. Wydawało mi się,  że im dalej idę, tym bardziej nasilają się szepty i śmiechy. Nagle coś na mnie spadło. Okazało się, że to kukła, którą prawdopodobnie przygotował sprawca, aby kogoś wystraszyć. Idąc dalej znalazłem źródło głosów, szelestów  i śmiechów. Było to przenośne radio na baterie. Schyliłem się, żeby             je wyłączyć, a następnie krzyknąłem z przerażenia. Na drzewie wisiał około piętnastoletni chłopak. Darłem się na całe gardło, żeby przybiegli moi koledzy   z policji. W końcu odnaleźli mnie i wspólnie zdjęliśmy chłopca, który  na szczęście jeszcze żył. Ręce miał poparzone, a z pleców i nóg unosiły się żrące opary jakiegoś paskudztwa. Ofiara miała też wycięte głęboko w skórze napis „Ave Satan”, a poniżej trzy szóstki. Przerażeni nie na żarty, pognaliśmy do samochodów i do szpitala. Po oddaniu chłopaka w ręce ratowników zmęczeni wróciliśmy do swoich domów. Jednak żaden z nas nie mógł spać, przez obraz tego chłopaka, nad którym znęcał się psychol. 

Następnego dnia rozpaczliwie poszukiwaliśmy świadków. W międzyczasie zadzwoniono ze szpitala, że chłopak już się obudził, ale jest bardzo osłabiony. Po przyjechaniu na miejsce zaczęliśmy z nim rozmowę, w której opisał nam o zaistniałą sytuację. Na sam koniec powiedział, że zabójca zdradził mu, że lubi przychodzić do pobliskiego kościoła, ponieważ panuje tam spokój, który uwielbia. Natychmiast pojechaliśmy do parafii. Będący tam ksiądz stwierdził, że czasem przychodzi tu taki dziwak, który twierdzi, że jest sługą szatana.

 Postanowiliśmy zastawić na niego pułapkę. Przynętą zgodziła się być moja koleżanka, a właściwie pani psycholog. Plan polegał na wieczornym spacerze Marysi po lesie. Liczyliśmy, że sprawca wytypuje ją, jako kolejną ofiarę. Zdenerwowani czekaliśmy na nadejście wieczoru, którego wszystko miało się zakończyć. Marysia naprawdę się bała, ale nie dawała po sobie tego poznać.

Nadszedł wieczór…                         

Cały teren był obstawiony, więc teoretycznie sprawca nie mógł zbiec. Teoretycznie… Marysia wsadziła broń do kurtki i ruszyła w stronę lasu.

Był ciemno.. Tylko pojedyncze strużki światłą docierały do początku leśnej ścieżki.

- Nie denerwuj się tak – powiedział mój kolega – nic jej nie będzie. Przecież mamy ją na oku.

- Mam nadzieję…

Tymczasem Marysia minęła ostatnią latarnię i zaczynała się niepokoić.     Z ciemnego lasu dochodziły, jak to z lasu, trzaski i dziwne odgłosy. Wiedziała, że to tylko wiatr muskający delikatne gałęzie i liście, ale myśl o tym, co sprawca zrobił z poprzednimi ofiarami, przyprawiała ją o dreszcze. Szliśmy za nią kilkanaście metrów. Nagle straciliśmy ją  z oczu. Rozpaczliwie pobiegliśmy do przodu i wypatrywaliśmy jakiegokolwiek ruchu lub śladów.

- Teren jest obstawiony. Daleko nie mógł uciec.

Zawiadomiliśmy resztę i zaczęliśmy przeczesywać lasek.

Zamiast naszej koleżanki znaleźliśmy tylko jej rękawiczki i kilka osobistych drobiazgów. Jakby chciała nam pokazać drogę i dać kolejną wskazówkę. Straciliśmy trop. W tym miejscu nie było żadnej chatki, domku lub opuszczonej leśniczówki. Marysia rozpłynęła się bez śladu. Rozpoczęliśmy kolejną analizę poszlak, wskazówek, zeznań i faktów. Nie doszliśmy do żadnego wniosku. Zdesperowany, działając na własną rękę,  powtórnie pojechałem do księdza, który znał podejrzanego. Przy okazji chciałem się wyspowiadać. Po odmówieniu odpowiedniej formułki, wstając od konfesjonału zobaczyłem rudy dziesięciocentymetrowy włos. Szybko doszedłem do wniosku, że sprawca musiał być niedawno w kościele. Nagle do głowy przyszła mi myśl.

- Ale to niemożliwe – powiedziałem sam do siebie.

 Po wyjściu księdza do ogródka, który mieścił się przed kościołem rozpocząłem przeszukiwanie zakrystii. Nic nie znalazłem. Zdesperowany uderzyłem pięścią w szafkę. Usłyszałem brzdęk spadającego metalowego przedmiotu. Schyliłem się pod szafkę i spostrzegłem, że leży tam srebrny klucz. Spojrzałem pod resztę szafek i znalazłem nieduży kuferek, a w nim maskę, która wyglądała jak oszpecona twarz. Usłyszałem kroki księdza, więc szybko wskoczyłem do szafy. Duchowny uprzednio upewniając się,   że nikt go nie śledzi, odsunął jedną z szafek i wyjął klucz z kieszeni. Następnie wsadził go w otwór w podłodze, przekręcił i otworzył klapę. Zamknął drzwi do zakrystii ma klucz, jeszcze raz się rozejrzał,            a następnie zszedł na dół zamykając za sobą klapę. Powiadomiłem kolegów na wszelki wypadek krótkim telefonem, a sam ruszyłem za księdzem.

Podziemny tunel budził we mnie niepokój. Pomyślałem, że to chyba bunkier z czasów wojny. Było dość ciemno, ale zauważyłem palącą się przy wejściu pochodnię. Wziąłem ją i poświeciłem na podłogę. Gdzieniegdzie były szkielety żołnierzy, którzy tutaj polegli. W powietrzu unosił się intensywny zapach stęchlizny, do którego w miarę upływu czasu zacząłem się przyzwyczajać. Skręciłem w prawo i ujrzałem długi korytarz. Na jego końcu spostrzegłem kilka niezależnych wejść do innych tuneli. Wszedłem do środkowego. Po kilkunastu minutach błądzenia po tunelach zorientowałem się, że nie wiem gdzie jestem i jak mam stąd wyjść. Usłyszałem cichy jęk. Kilkanaście metrów dalej zobaczyłem wejście do dużej sali, w której znajdowały się różnego rodzaju narzędzia tortur.   Na środku pomieszczenia, na linach wisiała moja koleżanka. Miała założony na twarz bawełniany czarny worek. Z brzucha i z nóg ciekłą krew. Kiedy usłyszała moje kroki zaczęła krzyczeć myśląc, że przyszedł ksiądz, który będzie ją torturować. Uspokoiła się, kiedy powiedziałem, że to tylko ja. Gdy zdjąłem z jej twarzy worek, ujrzałem rozciętą dolną wargę, podbite purpurowe oko, krew sączącą się z rozciętego policzka oraz nos, z którego także kapała krew. Odciąłem linę maczetą pochodzącą z tej sali. Podczas, gdy Marysi starała się wstać, ja rozejrzałem się po pomieszczeniu. Jego ściany były krwistoczerwone, a gdzieniegdzie była nawet zaschnięta lub świeża krew. Na ścianach wisiały różne narzędzia tortur między innymi: maczety, noże, bicze, kolce, kolczaste krzesło i parę innych, których nigdy nie widziałem. Pomogłem wstać koleżance i próbując znaleźć wyjście znowu zaczęliśmy błądzić. Wchodząc do kolejnego korytarza Marysia zasłabła, więc musieliśmy trochę odpocząć. Po dłuższej chwili postanowiliśmy ruszyć dalej. Po kolejnym zakręcie moim oczom ukazało się wyjście. Nagle dostałem czymś w głowę. Upadłem na ziemię, a za sobą ujrzałem czarną postać. Po chwili zobaczyłem perukę i maskę oszpeconej twarzy. Zamaskowany sprawca zamachnął się po raz kolejny cienką, metalową rurką. W porę uskoczyłem i kopnąłem napastnika w brzuch. Kolejnym ciosem celował w moją głowę. Zablokowałem rurkę ręką pod kątem 45˚, przez co ześlizgnęła się ona po ręce nie robiąc mi krzywdy. Powaliłem duchownego na ziemię i wyobrażając sobie w myśli wszystko,    co zrobił innym wpadłem w amok. Zacząłem go bić z całych sił. W końcu przestał się bronić i stracił przytomność. Gdy miałem już iść w stronę wyjścia razem z Marysią, napastnik wyrwał mi broń z kabury i kazał stanąć pod ścianą. Tym razem posłuchaliśmy polecenia.

- To teraz jesteście moi. Nie trzeba było się tym interesować, to nic    by się wam nie stało.

- Dlaczego to robisz?  - zapytałem

- Uwielbiam patrzeć, jak inni cierpią, jak chcą już odejść z tego świata,   a ja im nie pozwalam i trzymam ich przy życiu, jak płaczą i błagają  o śmierć. Liczą na moją litość.

Wtem rozległ się trzask otwieranej klapy i nagle wpadli antyterroryści. Ksiądz na sekundę odwrócił głowę i ich stronę, co wystarczyło, abym wyrwał mu broń. Mierząc w niego powiedziałem:

- Aresztować tego świra!

Nagle wyciągnął on pistolet ze spodni, ale ja byłem szybszy. Oddałem strzał. Z jednej strony spokój i ulga, a z drugiej lęk. Zabiłem człowieka… Koledzy próbowali mnie pocieszać, że to żaden grzech zabić świra, a na dodatek seryjnego mordercę. Niektórzy mówili, że wyrwałem kolejnego „chwasta” i żebym się nie przejmował. Ale co oni mogli wiedzieć. Żaden z nich nigdy nie zabił człowieka.

Oszołomiony i niepewny tego, czy dobrze zrobiłem, zostałem przewieziony do szpitala, aby sprawdzić, czy nie mam poważniejszych obrażeń. Wypisano mnie tego samego dnia. Z Marysią było gorzej. Blizny na jej twarzy mogą pozostać do końca życia, a lekarze stwierdzili wstrząs mózgu, złamane dwa żebra oraz powierzchowne rany na całym ciele.  Po wszystkim okazało się, że po labiryncie błąkała się jeszcze jedna osoba uprowadzona przez szaleńca – szesnastoletnia dziewczyna odnaleziona przez policję. Odkryto również tunel prowadzący do lasu, do miejsca,     w którym zniknęła Marysia.

W domu przywitała mnie rodzina wraz ze znajomymi chcącymi zrobić mi niespodziankę. Urządziliśmy małą imprezę z okazji rozwiązania sprawy. Ja jednak nie miałem na nic ochoty.

            Po ich wyjściu zdecydowałem się opisać tę historię, ale nawet teraz zadaję sobie pytania : Czy dobrze, że zabiłem tego człowieka?, Co by się stało gdybym nie strzelił? Po tym wydarzeniu nic już nie będzie takie samo. Pozostanie niepewność i lęk… Strach pomyśleć, że istnieją tacy ludzie.

Aleksander Chotecki kl.  Ic





Komentarze do tej strony:
Komentarz pochodzi od Mister Olek, 16.10.2012, o 18:44 (UTC):
Ale ja mam zrytą banie



Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja wiadomość:

Aby być punktualnym ...
 
Reklama
 
Dedykacja
 
Klasa A (2005/2008r.)
dedukuje stronę:
Byłemu wychowawcy
Tomaszowi Ociepie :)


Natomiast my,
klasa B (2006/2009r.),
dedukujemy stronę
naszemu byłemu i
obecnemu nauczycielowi
języka polskiego:
pani Dorocie Ociepie
panu Tomaszowi Ociepie


Klasa C (2007/2010)
dedykuje stronę
Nauczycielowi j. polskiego
pani Dorocie Ociepie =)


Klasa B (2008/2011 )
dedykuje stronę
nauczycielowi języka polskiego
Pani Dorocie Ociepie ;)


Klasa A (2010/2013)
dedykuje stronę
nauczycielowi języka polskiego
Pani Dorocie Ociepie :)
Twórcy...
 
Twórcami strony są absolwenci
Gimnazjum im. Jana III Sobieskiego
(kl.A r.2005/2008) :
- Jan Stelmach "Kadet"
- Piotr Kamkow "Młody"
- Agnieszka Ilcewicz "Ola"



Teraz stroną zajmują się
uczniowie kl.B (r. 2006/2009):
- Kamil Nosol
- Piotr Zalfresso-Jundziłło
- Maciej Urbaniak



W roku szkolnym 2009/2010
stroną zajmują się
uczniowie kl.C ( 2007/2010 ) :
- Wojciech Podlejski
- Katarzyna Wawrzyńczak



W roku szkolnym 2010/2011
stroną zajmują się
uczniowie kl.B ( 2008/2011 ) :
- Kamil Czarnecki
- Kordian Sosnówka


W roku szkolnym 2011/2012
stroną zajmują się uczniowie klasy 2a
- Adrian Gawroński
- Bartosz Depta
 

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=